himitsu blog

    Twój nowy blog

     
    Teledysk jest tak słodki, miziasty i cudny, że każdy przynajmniej się uśmiechnie, jeśli właśnie nie wywoła u niego salw zdrowego śmiechu :] Piosenka też jest bardzo pozytywna, przyjemna i niekonwencjonalna w porównaniu do „dzisiejszych” pop-słitaśnych utworów.

    U mnie zawsze poprawia humor, nastraja mnie pozytywnie i leczy, bo wszakże śmiech to zdrowie :D

    A teledysk ten ujrzałam kiedyś przypadkiem na (najprawdopodobniej) Wh1 i od razu zawładnął moim sercem :)

    Jak wspominałam w poprzedniej notce – flet to instrument, który lubię, który mnie kręci i na którym (przede wszystkim) umiem dobrze grać :]

    Parę utworów umiem zagrać, ale pochwalę się takim najprostszym, przy czym jednym z najpiękniejszych.

    „Oda do radości” – IX Symfonia Beethovena. Piękny utwór, zawsze dobrze mi się kojarzący z czasami mojego aktywnego działania w chórze – ach te lata beztroskiej podstawówki i gimnazjum…

    Filmik przedstawia ten utwór wykonany na Flecie Rodzimych Mieszkańców Ameryki – dziwnie to po polsku brzmi, ale chodzi o flet, którym posługiwali/posługują się Indianie :)





     

    Z racji, iż już od 14 lat gram na flecie prostym, to mam do tego instrumentu sentyment.

    A ten utwór spodobał mi się od pierwszego dźwięku. Melodia grana jest na duduku, intrumencie podobnym do fletu prostego, a jednocześnie bardzo różnym.

    Jest to jedna z kompozycji użyta w filmie „Opowieści z Narnii. Lew, Czarownica i Stara Szafa”, które stworzył Harry Gregson-Williams. Polecam zapoznać się zarówno z książką, jak i filmem a także z samym soundtrackiem. Prawdziwy powrót do dzieciństwa, a jednocześnie można z tego wynieść dużo „dorosłych” przemyśleń.

     

     

     

    Piosenka, przez którą czuję się winna…

    Od razu przyszedł mi na myśl utwór „Ruchome piaski” Varius Manx, wtedy jeszcze z Kasią Stankiewicz jako wokalistką.

    A czemu wywołuje we mnie takie uczucia? Uświadamiam sobie w trakcie słuchania, że bardzo wiele przykrych rzeczy i błędów robię na własne życzenie. Często też odrzucając czyjąś pomocną dłoń. A właśnie taka „autodestrukcja” boli najbardziej. Człowiek czuje się winny, ale odpowiedzialność spada tylko na niego samego…

    Kurczę, zapomniałam wczoraj uaktualnić bloga :P Zresztą, kto powiedział, że to musi dzień po dniu? U mnie po prostu będzie każdy dowolny  dzień z kolejną liczbą i piosenką, co by się nie myliło :P To tak gwoli wyjaśnienia, gdyby się ktoś burzył ;)



    ***

    Day 29 – A song from your childhood

     

     

    Generalnie to trudne jest wybrać jedną piosenkę, bo trzeba w sumie dookreślić, o który etap dzieciństwa chodzi.




    Zdecydowałam się jednak na utwór „Fantazja” Fasolek. Jest to pełna energii i czystego popu lat 90-tych, magiczna piosenka. W trudnych chwilach i zwątpieniu zawsze umacniała mi wiarę w siebie i w to, że jednak siła umysłu i fantazji to coś najważniejszego w życiu. Oczywiście teraz jestem w stanie ładnie ubrać to w słowa – w czasach wczesnego dzieciństwa po prostu podnosiła mnie na duchu :)




    I przyznaję, że nawet teraz, z małą łezką w oku, nadal ją sobie czasem śpiewam i czuję się jakby wehikuł czasu przenosił mnie do tych szczęśliwych lat. A przesłanie staje się dla mnie coraz bardziej wyraźne i adekwatne.




    PS. Wzięłam ten teledysk, bo reszta jest albo bezgranicznie głupia i uwłaczająca, albo po prostu mi się nie podobało :P Ta jest najbardziej neutralna.

    …30-DAY SONG CHALLENGE…

    Wiem wiem, że takie rzeczy to na Fejsie już dawno były. Ale ja wtedy nie brałam w tym udziału a poza tym chcę dodatkowo rozwinąć tą formę prezentacji siebie :]
     
    Poza linkami wklejanymi z youtube’a, do każdej piosenki zamieszczę komentarz, czemu akurat to.
    *** 

    Day 30 – your favorite song at this time last year

    To była zdecydowanie „Utopia” wykonywana przez Within Temptation i Chrisa Jonesa. 

    Wprawdzie premiera piosenki w radiu RMF FM odbyła się już pod koniec listopada, ale trzymała się mocno w moim sercu i MP3 przez bardzo długi czas.

    Jest ona dla mnie tak przejmująco smutno-pocieszająca. I ewidentnie nadaje się tylko na jesienno-zimowe wieczory. Polecam do niej herbatę z sokiem malinowym.

    Jak to jest, że przedstawiciel homo sapiens uważa się za pojedynczą jednostkę, która może
    funkcjonować bez korelacji z innymi jednostkami. Albo jest niczym pasożyt, który bez żywicieli istnieć
    nie może. Zastanówmy się.

    Ja sam/a„. Tak mówiło
    się, gdy jako dzieci chcieliśmy coś zrobić bez pomocy rodziców. W tamtym
    momencie zaczęła się nasza droga do samodzielności. Teraz możemy powiedzieć, że
    jesteśmy już praktycznie na finiszu odcinania pępowiny od opiekunów (niektórzy
    już nawet po). To daje nam podstawy, aby się zastanowić nad tym „świętym
    Graalem
    ” – niezależnością.

    Podczas zdobywania Odznaki Niezależnego
    Harcerza
    z pierwszego zastępu TE*, doszłam do wniosku, że ta moja odznaka
    ma 2 strony. Wiem, bardzo odkrywcze, ale jest to w końcu swego rodzaju medal.

    Pierwsza, nie znaczy, że lepsza, jednakowoż od czegoś trzeba zacząć. „Ciemna strona mocy„.
    Niezależność daje nam możliwość działania w pojedynkę, własnym tempem.
    Niepospieszani przez nikogo. Lecz ważniejsze jest to drugie – nie powstrzymują
    nas Ci, którzy nie wytrzymują wyścigu w systemie. Trochę to hedonistyczno-materialistyczne
    podejście, ale taką mamy rzeczywistość.
    Dodatkowo często lubimy pobyć po prostu w samotności, sami wybrać i obejrzeć
    film, przygotować sobie samemu coś pysznego. Bez podpowiedzi, opinii czy wręcz
    wtrącania się innych w NASZE sprawy. W takim momencie nasza NIEzależność
    przeżywa swoje apogeum. Człowiek po to „staje się dorosły„, aby móc samemu decydować o swoich planach
    i przedsięwzięciach. Ja zgadzam się z tym w 100%. Ale nie oznacza to, że ZAWSZE
    trzeba robić wszystko samemu. Można powiedzieć, że, zwłaszcza z ekonomicznego
    punktu widzenia, nie opłaca nam się to.

    Tutaj pojawia się druga strona, naszego wspomnianego wcześniej, medalu. Czy da
    się żyć bez współudziału innych? Czy w ogóle jest sens tak żyć? I nie chodzi mi
    tutaj o wykorzystywanie ludzi do wykonywania za nas brudnej roboty. Nazwijmy to
    ładniej, outsourcing.
    Mam na myśli raczej współpracę i efekt synergii. Dzięki
    osobom nas otaczającym mamy więcej możliwości i okazji, aby wykorzystać nasz
    potencjał w pełnym zakresie. Wszyscy wiedzą, że co dwie głowy, to nie jedna. A
    kupy nikt nie ruszy.
    We wspólnym działaniu łatwiej uzyskać więcej, niż w pojedynkę. Nie trzeba
    nawet, aby inni pracowali z nami dosłownie. Wystarczy dobre słowo, a już
    nabieramy ochoty do dalszego funkcjonowania. Rzecz jasna trzeba uważać, żeby
    się z kolei NIE uzależnić.

    Wpadłam nawet na pomysł, jak powinna wyglądać moja odznaka. Yin i
    Yang
    wydaje się być najbardziej odpowiednie. Równowaga pomiędzy samodzielnością i współdziałaniem. Żeby tylko
    się nie pomylić i wyciągnąć to, co najlepsze z obu elementów.

    Możliwe, że ktoś stwierdzi, że dla niego NIEZALEŻNOŚĆ to kostka
    Rubika
    , którą trzeba ułożyć i wtedy okaże nam swoje magnetycznie piękne
    (aż!) sześć ścian. Ja, póki co zatrzymałam się na pozycji szaro-zielonego
    szeregowego w armii życia, który stara się uzbierać wszelkie możliwe
    sprawności. I potem liczę na bonusy.

    *TE – The Earth, bo nie możemy
    ograniczać działalności naszych skromnych osób tylko do terenów Polski, wszak
    jesteśmy Obywatelami Świata. Dla fanów Star Wars, nawet Obywatelami
    Wszechświata.

     

    Długo zastanawiałam się nad tym, jaki temat podjąć. Padło na „cele życiowe”. Ostatnio wiele o tym słuchałam i czytałam w różnych sytuacjach. I doszłam do wniosku, że to niezwykle ważna rzecz, ale bardzo zaniedbywana.
    Gdy pytam swoich znajomych wychodzi, że większość ma podobny cel – „oby jakoś przeżyć dzień dzisiejszy i żeby było już jutro”. Ciężko nazwać to perspektywicznym spojrzeniem. Przyznaję się, że też takie mam.
    Jednak zaczynam odczuwać pewien dyskomfort. Takie podejście nie daje mi, tak potrzebnego, poczucia bezpieczeństwa. Według piramidy potrzeb Maslowa, bezpieczeństwo jest 2 poziomem, zaraz po potrzebach fizjologicznych, który jest niezbędny w drodze na szczyt, czyli do samorealizacji. W związku z tym warto zadbać o to, żeby wyeliminować stały stan zagrożenia przez przyszły dzień jutrzejszy.
    „Cel (gr. τηλος, telos; łac. finis, terminus) – to, ze względu na co, następuje działanie; stan lub obiekt, do którego się dąży” (źródło: Wikipedia.pl). W skrócie można powiedzieć, że cel to motywacja do działania. Powinien dawać nam siły, inspirować, pobudzać. Często mówimy, że owszem mamy jakieś plany, gdzieś tam w głowie sobie siedzą. W takim wypadku można je zwyczajnie zapomnieć, tak samo jak ze wszelkimi spotkaniami, zobowiązaniami. Jeśli ich gdzieś nie zapiszemy, to najpewniej połowy z nich nie zrealizujemy.  
    Polecono mi więc przygotowanie białej kartki, długopisu i trochę czasu, aby zanotować, czego w życiu chcę. Zostało to już potwierdzone przez wielu (patrz amerykańskie badania ;] ), że po wykonaniu tego zadania, to co sobie określili czarno na białym, to się w ich życiu spełniło.
    Dlaczego więc nie spróbować pomóc samemu sobie i przyczynić się w prosty sposób do urzeczywistnienia marzeń. Czemu akurat  marzeń a nie jakiś prostych rzeczy? Jak to usłyszałam, dawno temu na wykładzie z zarządzania, najlepiej ustawić sobie cel na bardzo wysokim poziomie i dążyć do niego, bo wtedy zajdziemy dalej niż gdybyśmy zdecydowali się na niski pułap, który nie wymaga od nas wysiłku i zaangażowania.
    No dobrze, tyle się napisałam, ale w sumie żadnych konkretów. Swoich celów nie zdradzę, bo jeszcze będziecie mnie z nich rozliczać. Ale dostarczę tutaj kilka pytań, które wcześniej sama usłyszałam. Może pomogą Wam w ustaleniu Waszych własnych celów i „ubezpieczą” przyszłość.
    Oto życiowy quiz:
    1. Czego chciałbym/abym od życia, gdybym wiedział/a, że mogę dostać wszystko?
    2. Co chciałbym ulepszyć w sobie i swoim dotychczasowym życiu?
    3. Kiedy chcę zrealizować swoje cele?
    4. W jakiej kolejności chcę to osiągnąć?
    Przy odpowiedziach nie hamujcie się niczym, poczujcie się jak 6-latek, który pisze list do św. Mikołaja. I nie ograniczajcie się do jednej rzeczy, w marzeniach nie ma limitów :]
    Na koniec krzepiący cytat: „Celuj w Księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.” (Patrick Süskind, Pachnidło)
     
    Powodzenia! 
    PS. Piosenka, którą umieściłam na początku notki to „Long way to happy” Pink.

    W codziennym życiu co krok słyszymy tytułowe „piękne frazesy”. Każdy mógłby wymienić ich kilka bez większego zastanowienia: miłość do grobowej deski, prawdziwa przyjaźń, what you get is what you give (po angielsku lepiej to brzmi). Trzeba przyznać, że poprawiają one humor, sprawiają że świat jest trochę bardziej kolorowy. Tylko czy oby na pewno są potrzebne w takiej formie?

    Zastanawiam się po co nam takie chwytliwe slogany, które tylko idealizują rzeczywistość. Czyżby współczesny człowiek, jakże praktyczny, potrzebował czegość więcej niż szarości dnia powszedniego?    


    „MIŁOŚĆ – jest dowolną ilością emocji i doświadczeń zachodzących z powodu silnej więzi. Słowo miłość może odnosić się do wielu różnorodnych uczuć, stanów i postaw, poczynając od ogólnego zadowolenia, a kończąc na silnej więzi międzyludzkiej. Rozmaitość użyć i znaczeń, połączona z zawiłością opisywanych przez nią uczuć, powoduje, że miłość jest niespotykanie trudna do zdefiniowania, nawet w porównaniu do innych stanów emocjonalnych.
    Miłość jest przedmiotem i źródłem inspiracji dla twórców sztuki oraz literatury, religii i psychologii. Przez niektórych ludzi bywa uważana za sens życia ludzkiego – czyniąca je prawdziwym i w pełni szczęśliwym” (źródło: wikipedia).

    Z definicji wynika, że to coś bardzo trudnego do określenia. Przyznajmy się, że jest to tak naprawdę wymysł człowieka. Ludzie lubią nazywać i okreslać różne rzeczy, nawet jeśli są to tylko subiektywne wrażenia. Bo czy można powiedzieć o miłości – „jaka jest, każdy widzi”? Pytanie czysto retoryczne. Dlatego lepiej jest zostawić miłość w spokoju i tak sobie poradzi.  

    A co z tym sensem życia? Jak to mówią: „Umiesz liczyć? Licz na siebie”. Uzależenienie od rzeczy niezależnych od własnych działań to dla mnie najgorszy z możliwych scenariuszy. A „miłość” z racji swojej nieokreślonej postaci nie jest zależna od nas w żadnym stopniu. „Co ma być to będzie”. Nie szukajmy „miłości” na siłę i nie zrzucajmy na innych odpowiedzialności za własny los.

     

    „PRZYJAŹŃ - według Arystotelesa, jedna z cnót, chociaż, w przeciwieństwie do cnót kardynalnych, nie jest ona cnotą normatywną. Filozof ten twierdzi także, że istnieje kilka rodzajów przyjaźni: idealna (teleia philia, będąca wartością samą w sobie), oraz takie, z których każda ma spełniać pewien cel (przyjemność lub użyteczność).

    Większość ludzi uważa, że ich przyjaciele dobrze ich znają. Jednak badania wykazały, że w większości przypadków jest to złudzenie związane z chęcią poprawy samooceny. Wierząc, że przyjaciołom zależy na nas, budujemy poczucie własnej wartości.” (źródło: wikipedia).

    Przyjaźń jest jeszcze bardziej nieokreślonym zjawiskiem niż miłość. Niektórzy mówią, że można mieć tylko jednego „prawdziwego przyjaciela” – podobnie jak „miłość”. Inni z kolei twierdzą, że im więcej przyjaciół tym lepiej – mniejsze zagrożenie samotnością.

    Ale trzeba się przyznać, że jednak fragment o „użyteczności przyjaźni” jest zatrważająco prawdziwy. We współczesnych realiach praktycznie nie spotyka się już bezinteresownej znajomości. Zawsze jest to coś, dzięki czemu dana osoba jest nam „bliższa”, bardziej „przydatna”. 

    „Własna wartość” tworzona poprzez pozytywną i dogłębną wiedzą o nas samych – na to liczymy u „przyjaciół”. Że jesteśmy na tyle wyjątkowi i lubią nas w takim stopniu, że wiedzą o nas wszystko. I bez vice-versa. Podjeście dosyć egoistyczne, trzeba przyznać.

     

    Zazwyczaj postrzegamy świat w kategoriach czarne-białe, ułatwia to znacznie egzystencję. Tymczasem, w sytuacji gdy „Przyjaciel” jest dla nas biały niczym śnieg i suknia ślubna, on powoli szarzeje, ciemnieje. W końcu widzimy przed sobą całkowity kontrast naszego wyobrażenia. Czarny niczym węgiel, ktoś całkiem obcy, a jednocześnie doskonale podobny.

    Przydaje się w takiej sytuacji spojrzenie w lustro. Może i tam odbicie nie będzie już jednobarwne. A propos tego, kolejna mądrość ludowa, niektóre naprawdę są bardzo trafne. Człowiek się nie zmienia, tylko daje się poznać z innej strony. Jeśli chcesz być pewny swego „przyjaciela”, obejdź go dookoła. Potem sprawdź się sam.   

     

    Na koniec, my favourite phrase: „what you get is what you give„. Sprawdza się zwykle, niestety tylko w tych „złych” przypadkach. Na zwrot dobra nie ma co liczyć, jest zbyt cenne. Dlatego, przytoczę tutaj inną, bardziej praktyczną myśl: „nie rób drugiemu, co Tobie nie miłe„. Chociaż wtedy trzeba liczyć się z tym, że dostaniemy kopa w tyłek za nic.


    ***

    Pogrubione dopiski na czerwono to późniejsze myśli dookreślające.

    Nowe oblicze

    1 komentarz

    W dniu dzisiejszym nastąpiła we mnie mała zmiana. Mała, ale znacząca (nie, nie jestem w ciąży). W związku z tym postanowiłam także zmienić swojego bloga. I tutaj zmiana jest o wiele większa.

    W wyglądzie nadal minimalizm, ale bardziej wyszukany, już nie prymitywne 3 kolory na krzyż. Mam nadzieję, że takie tło będzie odpowiedniejsze dla kolejnych wpisów.

    Co do zawartości tekstowej – teksty pozostają, nie przerzucam się na fotobloga. Tylko rezygnuję z formy wierszowanej. Stare wytwory mojego chorego umysłu będą nadal dostępne w archiwum. Doszłam jednak do wniosku, że poezja (zwłaszcza w moim niedoskonałym wykonaniu) jest pójściem na łatwiznę. Dlaczego? Po pierwsze: nawet jeśli dany wiersz nie jest arcydziełem samym w sobie, to ze względu na swoją postać „musi” być uznawany za coś lepszego od „zwykłej” prozy. Dlatego chcę podnieść sobie poprzeczkę. Po drugie: w pewnym sensie sama sobie narzuciłam formę wyrażania myśli i opinii, co jest wręcz samobójstwem twórczym. 

    Dlatego też, następnym razem kiedy popełnię jakąś lirykę, to pod wpływem potrzeby i natchnienia, z nadzieją że będzie tworem doskonałym (lub bliskim temu stanu).

    Morał z tego taki – będę pisać co chcę. W końcu.

    Na dziś tyle.


    • RSS